Kategorie: Wszystkie | Kot Patapon | Mała Bieda | Małe koty
RSS
środa, 24 grudnia 2008
wtorek, 23 grudnia 2008

Wczoraj zakupiliśmy choinkę pełni obaw, jak zareaguje na nią kot Patapon. Na początku, gdy drzewko spoczęło na podłodze, był trochę zaniepokojony, ale po chwili zaczął obgryzać gałązki. Odtraszaliśmy go spryskiwaczem, ale nic to nie dało, a wręcz przeciwnie - choinka bardzo przypadła mu go gustu. Chował się między gałązkami, drapał pieniek i skakał na kawałki drewna.

No to już nawet nie ma co wieszać ozdób, bo pewnie zaraz pozrzuca... Jednak spróbowaliśmy. Ustawiliśmy choinkę na stojaku, a ja powiesiłam na próbę dwie bombki, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście tak będzie. Owszem, Miauczak potrącał je trochę łapką, ale odganialiśmy go i szybko stwierdził, że to nie jest taka fajna zabawa, jakby się mogło wydawać, więc z ulgą zawiesiłam resztę ozdób, a także światełka, które już w ogóle nie zrobiły na nim wrażenia.

Zauważyliśmy, że Rudziaszek co jakiś czas podchodził do drzewka i pacał jakąś bombkę, gryzł gałęzie albo poprawiał pozycję choinki, aby stała pionowo ;) Potem przyłapałam Miauczaka na tym, że potrząsa łapkami i liże je cały czas. Okazało się, że pobrudził się żywicą i teraz mamy pachnącego kota.

 

niedziela, 21 grudnia 2008

Od jakiegos czasu zbieraliśmy się, aby osiatkować balkon, bo Kot Patapon lubi tam sobie posiedzieć i pooglądać świat.

Do tej pory wypuszczalismy go na parę minut pod stałym nadzorem i obserwacją, aby nie przyszło mu do głowy przejść do sąsiada albo zeskoczyć na dół (to 1. piętro). Kilka dni temu wybraliśmy się do sklepu budowlanego i znaleźliśmy wreszcie niezbyt drogą, a do tego porządną siatkę.

Dziś z rana zamknęliśmy kota w łazience, aby nie przeszkadzał i rozwinęliśmy siatkę wzdłuż balustrady na balkonie. Poszło nam całkiem sprawnie i niedługo zawołaliśmy Rudziaszka, aby obejrzał nowe dzieło.

Kotek wszedł na balkon i rozejrzał się z dezaprobatą. Nieszczególnie podobał mu się fakt, że nie może już wystawić główki pomiędzy szczebelkami balustrady. Nas za to ucieszyło, nie próbował ani wspinać się po tej siatce, ani przecisnąć się pod spodem.

Oczywiście cały czas będziemy obserwować go podczas wycieczek na balkon, bo nie wiadomo, czy kiedyś jednak nie zdecyduje się wskakiwać na siatkę, a na razie nie będziemy osłaniać całego balkonu.

piątek, 19 grudnia 2008

Było to któregoś dnia we wrześniu, gdy było jeszcze ciepło. Zamówiliśmy sobie w pobliskiej knajpce na obiad pizzę i przynieśliśmy do domu. Okazał się za duża na nasze możliwości, więc zostawiliśmy resztki w pudełku na później.

Ponieważ była piękna pogoda, wsiedliśmy na rowery i ruszyliśmy na krótką wycieczkę po okolicy, zostawiając kota samego w domu. Wychodząc jeszcze zastanawiałam się, czy nie schować tej pizzy, żeby nie zjadł, ale zaśmialiśmy się oboje, że przecież kot tego nie ruszy. Myliliśmy się.

Gdy wróciliśmy po ok. godzinie, zastaliśmy w kuchni taki widok:

Jak widać smakował mu nie tylko ser i pepperoni, ale też ciasto ;)

środa, 17 grudnia 2008

Gdy siadłam dziś przy biurku, kot Patapon zaraz wskoczył mi na kolana. Jako, że nie mogłam się już ruszyć, poprosiłam Arcziego, żeby przygotował dla mnie napój zdrowotny, gdyż troszkę się przeziębiłam. Za chwilę otrzymałam zamówiony ciepły kubek, przy czym było to ostatnie opakowanie tego lekarstwa. Siedzieliśmy tak sobie razem, aż nagle, przeszukując papiery, potrąciłam prawie pełny kubek, a ostatni napój zdrowotny znalazł się na moich kolanach no i na kotku Rudziaszku.

Na początku bałam się, że może oparzyłam kota, ale nie okazywał żadnego bólu, co najwyżej pretensje. Gdy chciałam go pogłaskać i zobaczyć, czy bardzo jest mokry, schował się (on, zawsze taki odważny!) i musiałam go obłaskawić kocią pastą (witaminową przysmakową). Potem zamiast wskoczyć na moje papiery, wybrał biurko swojego Pana.

Obawiałam się, czy aby kot dobrze się doczyści i nie będzie lepki po tej przygodzie, ale gdy teraz go głaszczę czuję, że futerko się nie lepi ;)

poniedziałek, 15 grudnia 2008

W listopadzie, akurat pomiędzy świętami, nadszedł ten czas. Kot Patapon - nie wiemy czy świadomie - pobrudził kanapę. Nie było to chyba typowe spryskanie, choć nie mogę tego wiedzieć, ponieważ nie widziałam tego zachowania. Po prostu zostawił tam coś ewidentnie śmierdzącego kocurem. Zapadła więc decyzja, że należy kota odjajczyć.

Już przy wkładaniu do kontenerka były pewne opory, jakby wiedział, że nie czeka go nic przyjemnego. Musiałam użyć siły, aby go załadować. Potem było żałosne miauczenie przez całą drogę, ale to jest akurat norma przy każdej podróży.

Po dojechaniu na miejsce, pan weterynarz przyjął nas od razu i musiałam przytrzymać kota przy zastrzyku znieczulającym. Po godzinie kot był do odbioru.

Wiedziałam, że będzie bardzo biedny i otumaniony. Uważając, aby sprawić jak najmniej bólu, przełożyłam go do transporterka. Potem miałam jedyną spokojną jazdę z kotem ;)

Po powrocie do domu, Rudziaszek od razu wygramolił się z kontenerka i rozejrzał się pomieszkaniu. Przyszykowałam mu kocyk wystawiony na słoneczko i tam go nakierowałam, ale on nie chciał tam leżeć. Zobaczył nas siedzących na sofie i koniecznie chciał tam wejść. Próbował podskoczyć, ale wywrócił się, więc przeniosłam go na ręcznik na kanapie. Tam rozleżał się wygodnie, aczkolwiek nie bez bólu. Jednak widać środek nasenny jeszcze działał ponieważ Kocio zsikał się w sposób zupełnie niekontrolowany (na szczęście na ręcznik). Było nam go wtedy bardzo żal.

Przez resztę dnia powoli dochodził do siebie, ale cały czas chciał być gdzieś koło nas, więc brałam go na kolana i starałam się nie ruszać za bardzo. Wieczorem już prawie ocknął się całkowicie, a rano nastepnego dnia dostał bardzo oczekiwany posiłek i był już chętny do swoich codziennych zabaw.

niedziela, 14 grudnia 2008

Miś jest zwany osiolkiem, chociaż wcale go nie przypomina. A czy te zwierzaki rzeczywiście wyglądają jak myszka i osiołek?? Chyba każdy widzi, że to jeżyk i lisek. Zresztą o takich właśnie jeżykach jeszcze tu będzie.

Wracając do misia: dostałam go od koleżanki na ostatnie urodziny. Wcześniej widziałam takiego samego u niej w domu i zachwycałam się, więc uznała, że będzie to dobry prezent. Pluszak ten siedział sobie grzecznie na półce aż do sierpnia, kiedy to został zauważony przez pewne żółte ślepia.

Kotek Rudziaszek bardzo go polubił i ani się obejrzeliśmy miś przestał być śnieżnobiały i mało nie stracił uszek. Kocio bardzo lubi za nim biegać, nosić ze sobą i gryźć niemiłosiernie. Czasem, gdy rzucę, potrafi przynieść go z powrotem, ale nie więcej niż 3 razy z rzędu.

Troszkę mi głupio, że misio jest teraz tak poniewierany i zawsze go chowam, gdy przychodzi koleżanka, ale z drugiej strony myślę, że może lepiej, aby służył jako kocia zabawka, niżby miał siedzieć na tej półce.

A tak się bawiliśmy dziś:

 

sobota, 13 grudnia 2008

Wrzesień, jak dla każdego studenta, i dla mnie był ciężkim czasem. Miałam parę projektów dokończyć, parę rozpocząć; słowem: kupa roboty. Starałam się przy tym dostarczać kotu odpowiednią ilość rozrywki, ale widać to i tak było dla niego za mało. Zaczął wchodzić na moje biurko, gdy pracowałam i rozkładal się przed klawiaturą lub zupełnie na niej, naciskając przypadkowe klawisze i prosił o więcej uwagi. A gdy już przyzwyczaiłam się do kota pomiędzy mną a klawiaturą, znalazł inny sposób na zabawę -  gryzienie leżących na stole projektów.

Pewnego dnia przyniosłam do poprawy cały pokreślony na czerwono projekt mostu. Był to duży arkusz, więc rozłożyłam go na podłodze, co widocznie zainteresowało Kotka Rudziaszka. Gdy przykucnęłam, aby zastanowić się nad poprawą, Miauczak zaczął się tarzać się w projekcie, po czym wziął w zęby róg papieru i naznaczył go. A wyglądało to tak:

Potem okazało się, że musiałam pokazać ten stary, przedziurkowany projekt, ale na szczęście robota Rudziaszka uszła uwadze sprawdzającego ;)

piątek, 12 grudnia 2008

Kot Patapon wczoraj większość dnia spędził w domu sam i pewnie przespał słodko ten czas. Dlatego, gdy tylko przyszłam, od progu zaczął domagać się najpierw jedzenia, a potem zabawy. Jedzonko dostał, ale ja także chciałam zjeść coś w spokoju. Kocio poczuł się urażony i zaraz znalazł sposób, żebym jednak okazała mu uwagę. Mogę się założyć, że nie przyszło mu to wcześniej do tego rudego łebka i nie robił tego, zanim nie wróciłam. Mianowicie: wskoczył na blat kuchenny, podszedł do zlewu i zaczął podpijać wodę z garnków czekających na mycie! Wystraszyłam go stamtad szybko i przysiadłam przy kompie, a on po chwili znów znalazł się w kuchni przy garach. Przeganiałam go kilka razy, a on ciągle wracał; ostatecznym rozwiązaniem okazało się zmywanie. No i konieczna była potem zabawa.

To nic, że Kotek Rudziaszek ma świeżą wodę w miseczce co rano - ta ze zlewu po prostu jest smaczniejsza. Podejrzewam, że może konkurować tylko z wodą z klopa, ale na szczęście jeszcze nie testowaliśmy tej opcji!

czwartek, 11 grudnia 2008

Od początku postanowione było, że:
1) kot nie wchodzi na stół,
2) kot nie śpi w sypialni.
Pierwsze z tych praw udaje się jeszcze egzekwować, natomiast z drugim to inna historia.

Zacznijmy od tego, że w naszym domu nie ma normalnych drzwi. Są drzwi składane w wachlarzyk. Z początku stanowiły one dla kota pewną przeszkodę i przez pierwsze dni z nim mogliśmy cieszyć się błogim snem. No prawie, bo dawał nam do zrozumienia, że bardzo tęskni urządzając nocne koncerty.

Niestety potem nauczył się otwierać te drzwiczki robiąc przy tym dużo hałasu, po czym układal się na kołdrze i spał smacznie aż do 3, 4 w nocy. O tej porze stawał się nadzwyczaj wylewny: ze swego miejsca w dole łóżka wyruszał w kierunku poduszek i okazywał uczucie w postaci oblizywania, a chyba wiadomo, że to nic przyjemnego być lizanym po twarzy przez ostry, koci jęzorek. I nic nie dawało nakrycie się kołdrą, ponieważ wtedy zaczynał stąpać po swojej ofierze, szczególnie mocno udeptując okolice szyi. Uspokajał się dopiero po podaniu posiłku.

Po kilku takich nie do końca przespanych nocach postanowiliśmy zadziałać i w sklepie z narzędziami znaleźliśmy coś, co mogło powstrzymać Rudziaszka. Było to zamknięcie, którego używa się przy kłódkach, tyle że my zamiast kłódki wsadziliśmy tam śrubkę, którą mieliśmy pod ręką. Zamknięcie przykręciliśmy, nie bez obaw o zniszczenie, do drzwi oraz futryny. Wieczorem sprawdziliśmy jego skuteczność - dało radę kocim drapaniom i popychaniom!

Ale Pan nie przewidział jednej rzeczy: że Panią wzruszą żałosne odgłosy Kota nie mogącego dostać się do sypialni, na swoje ulubione miejsce na środku łóżka. Rozwiązane to zostało w ten (dość nieuczciwy dla nas) sposób, że zazwyczaj pozwalamy Kotu zasnąć z nami, natomiast, gdy najdzie go ochota na czułości zostaje wyrzucony, przy czym dość grzecznie odczekuje te 2-3 godziny poza sypialnią znajdując sobie jakieś rozrywki.

 
1 , 2

POMÓŻ