Trochę szumny ten tytuł. Wczoraj pojdęliśmy tylko próbę spaceru. W planach było wywiezienie kota Patapona na łąkę, z dala od samochodów, psów i ludzi. Założyłam mu szeleczki i wziełam na ręce. Ledwie wyszliśmy z mieszkania na klatkę schodową, kot już wywyrał się z moich objęć i chciał wracać! Zrobił ogon jak wiewióreczka i nawet zaczął miauczeć, a specjalnie nie pakowałam go do kontenerka, żeby mu się z weterynarzem nie kojarzyło.
Siłą Arczi sprowadził kota na sam dół i postawił przed drzwiami wejściowymi do bloku. Patapon był bardzo przejęty i mocno zestrachany. Oczywiście przyjął pozę pełną ostrożności - na ugiętych łapkach. Poprowadzony w kierunku trawki, szybko zawrócił. Węszył troszkę, ale raczej poszukując wejścia do bloku niż zapoznając się z otoczeniem.


Po kilku minutach otworzyliśmy drzwi na klatkę i Patapon szybko wszedł do środka. Tutaj też nie czuł się pewnie i próbował wejść do sąsiadow pod nami, bo tak skojarzył podobne położenie wejścia do mieszkania. Przenieśliśmy go piętro wyżej i już bezbłędnie odnalazł właściwe drzwi.
Nie zniechęcamy się tym pierwszym podjeściem, będziemy próbować dalej, a którymś razem w końcu mu się spodoba :)